Co z tym strajkiem?
Drogi rodzicu!
Stoisz pod ścianą, tak samo jak nauczyciele. Musiałeś wziąć urlop na żądanie - good for You, że w ogóle masz taką możliwość. Nauczyciele nie dostępują tego luksusu. Mają wolne, ale tylko w ściśle określone dni. I nie ważne, że wczasy wtedy są najdroższe, że last minut odpada albo dostali biegunki. Bez L4 ani rusz, a z L4 pretensje, jak stąd do Częstochowy, bo cały plan lekcji się sypie. Wiem, że boisz się o egzaminy. W tej chwili najbardziej chyba obawiają się rodzice maturzystów, którzy mają perspektywę braku klasyfikacji w czasie określonym przepisami.
Nie martwcie się na zapas! Znając nasz MEN jednego dnia będziemy kładli się spać zmartwieni, a po przebudzeniu okaże się, że klasyfikacji wszystkich uczniów w szkole może dokonać sam dyrektor albo i wizytator z kuratorium. MEN pracuje nocami! Coś wymyślą. Nawet jak nie wymyślą, to nikt nie pozwoli na to, żeby cały rocznik powtarzał ostatnią klasę. Uczelnie na pewno na to nie pozwolą. W ostateczności zaczną warunkowo przyjmować na pierwszy rok, warunkiem będzie oczywiście dostarczenie świadectwa niezwłocznie po uporaniu się szkół z problemami organizacyjnymi i otrzymaniu wyników maturalnych. Oby dostarczyli przed obroną pracy licencjackiej albo magisterskiej, to będzie ok. Po prostu terminy się przesuną, a uczniowie (jak w '93) maturę zdadzą w późniejszym terminie. Większość z nich nie będzie przez to rozpaczać, bo będą mieć więcej czasu na powtórki.
Najbardziej obawiałabym się na miejscu rodziców dzieci w wieku przedszkolnym. Jeśli nauczyciele przedszkolni nic nie ugrają i odejdą, to możemy obudzić się w kraju, w którym znowu samorząd ma obowiązek zapewnić miejsca w publicznych przedszkolach tylko pięcio- i sześciolatkom. Rodzice młodszych dzieci będą musieli sobie radzić sami: bezpłatny urlop wychowawczy, niania, dziadkowie, prywatne przedszkole. Tu w przepisach jest pełne pole do popisu, bo obowiązek szkolny dotyczy dzieci od 7 r. ż.
Co z tym strajkiem? Strajk trwa. Chciałabym o tym w krótkich słowach, ale tak się nie da. Słuszny, niesłuszny, każdy ocenia sam. Ważne, że zgodny z prawem i pod tym kątem nikt nie może nic nauczycielom zarzucić. Zarzucać można inne rzeczy, jednak nie do końca będzie się to odnosiło do meritum.
Czy nauczyciele weszli w spory zbiorowe z dyrektorami, bo chcieli podwyżek? Oczywiście! Przytaczanie wykresów wynagrodzeń i tempa wzrostu gospodarczego jest tu bez sensu, są powszechnie dostępne i równie powszechnie manipulowane. Generalnie inflacja rośnie szybciej, niż nauczycielskie pensje i tak niskiej siły nabywczej swoich pieniędzy nauczyciele nie doświadczyli od ostatniego strajku albo i jeszcze wcześniejszych lat. Rośnie też średnie wynagrodzenie, od którego nauczyciele już dawno nie byli tak daleko. Czarę goryczy przelały ciągłe zmiany przepisów oświatowych i przerzucanie na nauczycieli odpowiedzialności za konsekwencje tych zmian, a także dowartościowanie innych grup społecznych przez władzę. Strajk nie zaczął się 8.04. Formalnie tak, ale nauczyciele od dawna zgłaszali problemy, związki zawodowe próbowały porozumieć się z rządem. MEN wiedziało, że do strajku może dojść i nie zrobiło z tym kompletnie nic. Teraz za te nicnierobienie odpowiedzialność znów przerzuca na innych. Bez względu na to, czy ktoś uważa strajk za słuszny, czy nie to warto pamiętać, że:
- po 1 - nauczyciele mają do niego prawo i zgodnie z nim wszystko się od tej strony toczy (gorzej z przestrzeganiem prawa oświatowego przez MEN);
- po 2 - Ustawa z dnia 23 maja 1991 r. O Rozwiązywaniu Sporów Zbiorowych w rozdziale 1. , art. 1. jasno określa, czego ten spór zbiorowy może dotyczyć. Nie może (jak większość z nas by chciała) odnosić się do podstaw programowych, egzaminów zewnętrznych, zakresu materiału wymaganego przepisami od dzieci, pomocy p-p itp. Nikt nie może wymusić w żaden sposób takich zmian na MEN, nikt nie ma takiej mocy sprawczej!
"Spór zbiorowy pracowników z pracodawcą lub pracodawcami może dotyczyć warunków pracy, płac lub świadczeń socjalnych oraz praw i wolności związkowych pracowników lub innych grup, którym przysługuje prawo zrzeszania się w związkach zawodowych".
Argument "nauczyciele walczą o siebie, nie o dzieci" jest z gruntu bezpodstawny. Wiadomo, że walczą o siebie (kiedyś trzeba), ale wiadomo przede wszystkim, że w tej procedurze o nic innego walczyć nie mogą. To jak zarzucać koniowi, że nie lata;
- po 3 - każdy strajk z natury rzeczy musi być dokuczliwy, temu służy, bo jest najczęściej efektem braku wsłuchania się w czyjeś wołanie o uwagę, bezskutecznej walki o obronę swoich granic. Nauczyciele strajkujący w wakacje nie zrobiliby na nikim wrażenia i nikt by z nimi wtedy nie chciał negocjować. Pikiety też się nie sprawdziły. Strajk górników będzie dokuczliwy dla kontrahentów, strajk lekarzy dla pacjentów, a strajk nauczycieli dla uczniów i rodziców. Strajk, to strajk, takie jest jego założenie.
Ile będzie trwał? Sami nauczyciele nie mają pewności. Nie wiedzą, czy i ewentualnie kiedy uda się cokolwiek wynegocjować. Chcieliby go zapewne skończyć jak najszybciej. Piłka w grze po stronie MEN. Porozumienie z przewodniczącym Proksą było farsą. Polityk PiS dogaduje się z ministrem w rządzie PiS... Przewodniczącego nie popierają nauczyciele zrzeszeni w Solidarności. MEN zapowiada wdrożenie zapisów porozumienia w formie ustawy. Jak cyrk, to cyrk na całego. Dziwię się tylko, że ktokolwiek się na to nabrał. Porozumienie zawarte 07.04, a na dokumencie daty 1-3.04. To kiedy w końcu je zawarli? MEN ogłasza sukces, nauczyciele nadal strajkują. Mistrzowie negocjacji.
I jeszcze te nieszczęsne egzaminy...Egzaminy gimnazjalne odbyły się pomimo strajku. Może zatem okazuje się, że nauczyciele nie są tak niezbędni, jak wielu do tej pory sądziło? Niestety. W innych kwestiach można to poddawać pod dyskusję, w tej raczej trudno. Komisje składające się z osób przeszkolonych w trybie pilnym (albo nieprzeszkolonych wcale), ze strażaków, księży, zakonnic, policjantów nie podołały do końca wyzwaniom. W wielu miejscach nie dopełniono procedur, uczniowie wnosili ze sobą telefony komórkowe na salę, pomimo bezwzględnego zakazu. Nie chcę nawet myśleć, ilu członków komisji miało je ze sobą, a ich ten zakaz również obowiązuje. Komisje nie wiedziały, jak kodować pracę. Dzieci na szczęście najczęściej ogarnęły to same - przeszkolone wcześniej przez nauczycieli, którzy pokazywali na arkuszach próbnych, gdzie i co przykleić, a gdzie wpisać. Gorzej, że w wielu szkołach można było zapomnieć o pisaniu egzaminu w spokoju. Dzieci przesiadały się (w protokole zapisujemy miejsce wylosowane i zajęte przez dziecko), były głośno, podpowiadały sobie. Stara prawda "co nagle, to po diable" znalazła odzwierciedlenie w organizacji egzaminów. Obawiam się, że egzamin ósmoklasisty nie będzie zorganizowany lepiej. MEN może zaklinać rzeczywistość, prawdę znają dzieci. I zestresowani członkowie zespołów nadzorujących.
Czy nie lepiej byłoby, gdyby dzieci przystąpiły do egzaminów w terminie czerwcowym, tym który jest już w harmonogramie CKE, przewidzianym dla uczniów, którzy nie przystąpili do egzaminu z przyczyn niezależnych od nich? Wymagałoby to tylko dodrukowania arkuszy przewidzianych na termin dodatkowy, albo wykorzystania tych przygotowanych na kwietniowych i przesunięcia terminów rekrutacji. Za to dzieciaki mogłyby je napisać w spokoju i w obecności osób, które zapewniłyby im komfort ich pisania. Teraz podważenie wyników egzaminów nie będzie wielkim problemem. Dodatkowo nie chcę nawet myśleć o tym, ile prac może się zawieruszyć (lub kart odpowiedzi do nich), ile nieswoich wyników mogą otrzymać dzieci (wystarczy, że ktoś dał dziecku złą naklejkę z kodem paskowym i już będzie problem), ile dzieci pisało egzamin z języka obcego w wielkiej sali, w której nie było słychać nagrania z płyty. Może i część rodziców cieszy się, że dzieci przystąpiły do egzaminów o czasie, ale niektórzy nie mają wcale się z czego cieszyć, tylko jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy.
Co się stało, to się nie odstanie. Czekamy na egzaminy ósmoklasisty. Po wszystkim pewnie pojawi się wpis z porównaniem poziomu trudności obu egzaminów. Mogłabym zrobić porównanie próbnych, ale skoro za chwilę będziemy mieć arkusze właściwych, to chyba mija się to z celem. Wystarczy na razie powiedzieć, że zdaniem większości dydaktyków, których znam (i moim też), egzamin ósmoklasisty w wersji próbnej był trudniejszy, niż gimnazjalny. Biorąc pod uwagę, że ósmoklasiści są młodsi i wśród nich jest już sporo tych, którzy rozpoczęli naukę jako dzieci sześcioletnie, to nie widzę tego najlepiej.
Niech też będzie na koniec argument podnoszony przez część społeczeństwa:
"Nauczyciele są źli, niekompetentni, nie uczą, każą uczyć się dzieciom w domu nie tłumacząc nic w szkole".
Dopóki nauczyciel na starcie będzie zarabiał 1600 zł, a jego perspektywą najbliżej podwyżki po kolejnych 2 latach, będzie podwyżka rzędu niecałych stu złotych na rękę miesięcznie, dopóty nie będzie zbyt wielu chętnych, żeby rozpoczynać karierę w szkole. Dopóki po 15 latach pracy nauczyciele będą zarabiać tyle, co pracownicy w innych branżach na start, pomimo braku wyższego wykształcenia i wielu kursów, co więcej kilku kierunków studiów, dopóty perspektywy na wysoką jakość oświaty będziemy mieć marne.
Wystarczy pomyśleć o wynagrodzeniach informatyków, programistów czy innych absolwentów kierunków ścisłych. Kto z nich ma ochotę uczyć w szkole? Kto, w tak szybko rozwijającym się technologicznie świecie, będzie uczył nasze dzieci poruszania się po nim? Kto ich nauczy matematyki, programowania, fizyki, biologii czy chemii, skoro firmy z branży IT i biotechnologiczne dają im zdecydowanie lepsze warunki pracy i płacy? Jeśli przyjdą uczyć do szkoły, to chyba w wolnym czasie, hobbystycznie, na wolontariat, bo stwierdzą, że lepiej pracować za darmo, niż upokarzać się stawkami obowiązującymi w oświacie. Jaki pedagog specjalny, logopeda czy inny terapeuta przyjdzie pracować do szkoły, jeśli prywatny rynek usług terapeutycznych wchłania ich błyskawicznie? Prywatne ośrodki terapii, specjalistyczne gabinety, szczególnie w większych miastach, dają im lepsze perspektywy rozwoju i znacznie lepsze warunki finansowe. Obecnie znaleźć dobrego pedagoga specjalnego, to wyzwanie na miarę wejścia na Mont Everest. Szukałam 1,5 roku, więc coś o tym wiem. Jaki polonista przyjdzie pracować do szkoły, jeśli okaże się, że w "korpo" (czy to w wydawnictwie, czy w jakiejkolwiek korporacji, która zawiera umowy z klientami) przy korekcie tekstów zarobi więcej, niż w szkole? Już pojawia się sporo głosów byłych nauczycieli, szczególnie z większych miast. Wypowiedzi najczęściej sprowadzają się do:
"Zamieniłem/am szkołę na korpo i odetchnąłem/am. Jako junior w branży na start dostałem/am więcej, niż po 10 latach pracy w szkole. Pracuję od-do, jestem rozliczany/a z wyników, ale wiem jakich, a przede wszystkim zależnych ode mnie. Tęsknię za dziećmi, za szkołą, ale moje własne też mnie potrzebują, poza tym muszę je wykształcić i wysupłać w budżecie pieniądze na ich start w dorosłe życie. Pasją, misją i powołaniem dzieci nie wykarmię."
Rynek prędzej, czy później wchłonie najlepszych nauczycieli. W szkołach zostaną ci, którzy nie potrafiliby się na nim odnaleźć, albo z powodu wieku (ci i tak zaraz pójdą na emeryturę), albo z powodu lęku przed zmianą (jak oni mają uczyć dzieci elastyczności i podejmowania wyzwań), albo po prostu dlatego, że nie są dobrymi pracownikami, nie mają odpowiedniego poziomu wiedzy i umiejętności, albo pasjonaci, których mężowie/żony zarabiają tyle, że mogą pozwolić sobie na zarobek w postaci kieszonkowego. Rozrośnie się oświata niepubliczna. Powstanie więcej szkół prywatnych, w których rodzice będą płacić czesne, a nauczyciele dzięki temu będą zarabiać więcej. W szkole prywatnej organ prowadzący i dyrektor będą wymagać jakości, więc z rynku zabiorą najlepszych. W szkołach publicznych zapanuje chaos, jakość edukacji spadnie dramatycznie. Liczebność klas będzie wzrastać. Stracą na tym dzieci, w szczególności tych rodziców, których nie będzie stać na zapłacenie czesnego. Wolna amerykanka - wolny rynek. Wyrównywanie szans edukacyjnych z trudnego wyzwania zmieni się w mission impossible. Perspektywa wbrew pozorom wcale nieodległa. Wystarczy, że ze szkół odejdzie 20% nauczycieli i system się posypie. Oczywiście MEN będzie zapewniał, że da się ich zastąpić, jak na egzaminach... wbrew logice, wbrew przepisom, obniżając dramatycznie jakość.
Są też nauczyciele uważani za złych, którzy w ostatnim czasie zostali postawieni pod ścianą. Muszą mierzyć się z próbą przekazania dzieciom wiedzy zupełnie nieprzystającej do ich potrzeb i możliwości rozwojowych. Nie oni wymyślili podstawy programowe. Oni przeciwko nim protestowali. MEN nie słuchał, nikogo, nie tylko nauczycieli ale też profesorów, Rady Języka Polskiego, specjalistów z konkretnych branż, psychologów ani innych specjalistów. MEN generalnie nie słucha, żyje chyba w alternatywnej rzeczywistości stworzonej przez siebie i dla siebie. Na pewno nie dla dzieci. Czy nauczyciele mogliby odpuścić i uczyć Wasze dzieci czegoś innego? Oczywiście, papier przyjmie wszystko. Problem w tym, że jeśli rodzic dowie się, że nauczyciel nawet nie prześliznął się po temacie, który jest w podstawie programowej, a pojawił się na egzaminie, to nauczyciel ma (potocznie mówiąc) pozamiatane. Biorąc jeszcze pod uwagę, że wielu rodziców uważa, że ich dzieci powinny być świetne ze wszystkiego (bo czerwony pasek, bo prestiż, bo szansa - nie wiadomo na co), nauczyciele są pod ostrzałem, ciągłym. Są zmuszeni uczyć rzeczy, których uczyć nie chcą wiedząc, że dzieci na te treści często są niegotowe, więc i słabo pod tym względem współpracujące. Stąd część nauczycieli, licząc się z takimi konsekwencjami, odpuszcza. Uczy dzieci tego, co niezbędne dla dalszego rozwoju, a papiery żyją swoim życiem. Ryzykują swoją karierą zawodową, stanowiskiem, ostracyzmem ze strony środowiska nauczycielskiego. Niektórzy idą zgodnie z literą prawa. Trudno mieć pretensje, czy do jednych, czy do drugich. Wszyscy mają swoje racje. Kiedyś może pokuszę się o pokazanie liczby zagadnień, jakie nauczyciele różnych przedmiotów powinni omówić na jednej lekcji, żeby pokazać czego nauczyciel musi nauczyć dziecko w ciągu jednej godziny.
Drogi rodzicu!
Dbanie o jakoś edukacji jest naszym wspólnym zadaniem. Nauczyciele powinni wspierać nie tylko dzieci, ale i ich rodziców. Rodzice jednak, jeśli chcą wymagać czegokolwiek od systemu oświaty, powinni wspierać nauczycieli. Premiować tych najlepszych, polecać dobre, przyjazne szkoły i angażować się w działalność Rad Rodziców, które mają dość szerokie uprawnienia. Strajk jest dokuczliwy, ale oprócz kwestii wynagrodzeń, chciał nie chciał, pozwala wyciągnąć na wierzch wiele innych problemów. Są nauczyciele, którym zależy. To, że strajkują, nie oznacza że nie kochają tego, co robią. Wręcz przeciwnie, większość strajkuje właśnie dlatego, że kocha swoją pracę i chce ją wykonywać nadal, tylko na godnych warunkach.
Nauczyciele chcą dbać o uczniów, dlatego wyszli z wartościową inicjatywą - NOoE czyli Narada Obywatelska o Edukacji. Wnioski nie będą wiążące dla rządzących, co nie zmienia faktu, że o pewnych rzeczach należy mówić głośno. O potrzebach systemu edukacji nawet bardzo głośno. Zachęcam do włączenia się w te, czy jakiekolwiek inne działania, które nagłaśniają istniejące problemy i wytyczają nową drogę. Bądźmy razem, dla dzieci.
Komentarze
Prześlij komentarz